Muzyka Subiektywnie
Kliknij i nakarm głodne dziecko - PAJACYK.PL



wpolscemamymocneseo
Blog > Komentarze do wpisu

Open'er 2010: dzień drugi - Lao Che, Massive Attack, Cypress Hill [video]

Drugi dzień openera za nami - na gorąco spisuję wrażenia, na jakieś bardziej szczegółowe analizy przyjdzie czas później :) Zaczęło się od godziny 18 i Lao Che na scenie głównej - koncert bardzo udany, choć pierwsze numery mnie nie porwały, ale im dalej, tym lepiej - muzykom udało się zaczarować tłum, a mnie leżącego na trawie zaraz za reżyserką udało się wprawić w stan błogiego relaksu, mimo że dźwięki dobiegające ze sceny były jak najbardziej pełne pasji, energii i zachęcały do skakania.

AKTUALIZACJA: Wołek z popler.tv nagrał kilka koncertów - najlepsze kawałki tu wstawiam, więcej na poplerze! Nagrywane iPhonem, więc nie ma co się oszukiwać, nie jest to zachwycająca jakość, ale na razie to jedyne dostępne nagrania z drugiego dnia Open'era.

Po Lao Che był problem, co dalej? Poczekaliśmy na Mando Diao, ale pierwsze numery mnie nie przekonały.

Fajnie się tego słucha w radio na zasadzie pojedynczych utworów, ale cały koncert jednak nie przykuł mojej uwagi, więc postanowiliśmy sprawdzić Psio Krew na scenie World - tu klimat był zdecydowanie inny, a góralsko-rockowe granie kapeli rozbawiło mały tłumek.

 

Po kilku piosenkach postanowiliśmy propagować dalej - w stronę namiotu, gdzie miała zacząć grać Grace Jones. Wiekowa diva spóźniła się kwadrans, co nieco nas zniechęciło na starcie - od poziomu samego początku koncertu zależało, czy zostaniemy, czy idziemy na Massive Attack. Prawdę mówiąc do ostatniej chwiil nie mogłem się zdecydować, czy nie olać Massive - w końcu widziałem ich już 2 razy, a koncert z 2008 nie należał do najbardziej udanych, nowa płyta (mimo że ciągle uważam ją za udaną), to też żadne arcydzieło. Ale Grace sama rozwiała nasze wątpliwości - mimo ciekawego show, ze sceny jak dla mnie wiało nudą. Sama wokalistka zaczęła swój koncert pod samym sklepieniem namiotu, by potem z niezbyt wielką gracją, zdecydowanie nie odpowiadającą jej pseudonimowi scenicznemu, zniżyć się do publiczności i pomachać do nas swoimi długimi nogami. Ja nie chwytam, ale ludzi było bardzo dużo, więc niech o tym koncercie się rozpisuje ktoś, kto widział cały i chwycił klimat.

Dylemat rozwiązany - o godzinie 22 na scenie głownej to Massive Attack musi przekonać do swojej muzyki, bo jeśli nie, to zawsze są Klaxons... Ale od pierwszych dźwięków wszystko stało się jasne - legendarny zespół stanął na wysokości zadania - to był koncert dnia. Mroczny, gęsty, ciężki, rockowy, transowy, psychodeliczny. Na zmianę czarowali nas 3D, Daddy G, Horace Andy, Martina Topley Bird - wszyscy stanęli na wysokości zadania. Poziomem swobodnie dorównali genialnemu koncertowi sprzed 5 lat na Skwerze Kościuszki. Każdy utwór można by opisywać szeroko, ale ja się nastawiałem na chłonięcie tej niesamowitej muzyki, starałem się wyłączyć analityczne myślenie i dać ponieść płynącym ze sceny emocjom. Na pewno trzeba jednak wspomnieć o fenomenalnym wykonaniu "Teardrop" z Martiną Topley-Bird, która cudownie zastąpiła Elisabeth Fraser, oraz "Safe from Harm", które zostało zagrane zdecydowanie mroczniej i mocniej niż na płycie. Utwory z nowej płyty broniły się dzielnie, szczególnie "Psyche" (znów Martina - Massive zawdzięcza tej dziewczynie na prawdę wiele). Zagrana na bis "Karmakoma" po prostu wbijała w ziemię. Wszystko na tym koncercie zagrało na 100%. Świetne brzmienie, pulsujący bas, który zmuszał do jeśli nie od razu tańca, to przynajmniej rytmicznego bujania - jak w reggae/dub, ale bardziej pierwotnie i złowieszczo. Riffy brzmiały z mocą godną Rage Against the Machine i miażdżyły rockowym brzmieniem. Słowem: ekipa z Bristolu w 100% spełniła oczekiwania i uzasadniła, że warto było ich zaprosić. W pełni zatarli fatalne wrażenie po ostatniej swojej wizycie i sprawili, że ja nie mogę się doczekać następnego razu. Szczególnie, że do stałego składu ma wrócić Tricky!!!

Gdyby dzień się skończył na Massive, byłbym w pełni szczęśliwy. Ale na scenie głównej zagościli niedługo Empire of the Sun - nie mój klimat, zostałem namówiony do obejrzenia przynajmniej początku i tylko utwierdziłem się w przekonaniu, że należy szybko iść pod scenę world na Cypress Hill (tu był mały dylemat, czy może jednak Pavement w namiocie? Ale Pavement praktycznie nie znam i sama świadomość ich kultowości mi nie wystarczyła. To wyraźnie oznaka mojej ignorancji w tym temacie, ale cóż - nikt nie jest doskonały :). Cypress Hill szybko poradzili sobie z problemami z dźwiękiem i dali cudowny, roztańczony koncert, pełen hip-hopowej pasji godnej west-coast oraz latynoskich rytmów, które nikogo nie pozostawiły obojętnym - cały tłum zgodnie skakał pod dyktando muzyków, którzy nawiązali wspaniały kontakt z publiką już od pierwszych chwil. Niestety, zmęczenie wzięło górę i nie widziałem całego koncertu, czego ogromnie żałuję, bo to będzie niewątpliwie jeden z mocniejszych punktów całego festiwalu. Niech jakimś pocieszeniem będzie to, że zebrane siły pozwolą mi bardziej szaleć trzeciego dnia na Skunk Anansie i Matisyahu!!!

sobota, 03 lipca 2010, uosiu77

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
Gość: , 166.137.11.17*
2010/07/03 14:10:23
Dzięki za informacje!
-
Gość: , 166.137.11.17*
2010/07/03 14:11:50
Ja nie widzę playera z popler. Pisze z iPhone.
-
2010/07/03 14:29:37
był mały błąd - teraz playerki powinny się normalnie wyświetlać (był sam kod). na iPhone raczej żaden youtubowy i poplerowy player nie będzie działał, bo ten zacny telefon nie obsługuje flasha.