Muzyka Subiektywnie
Kliknij i nakarm głodne dziecko - PAJACYK.PL



wpolscemamymocneseo
Blog > Komentarze do wpisu

Open'er 2010: dzień czwarty - The Hives, Pink Freud, The Dead Weather, Nas & Damian Marley, Archive [video]

Oczywiście nie widziałem wszystkich interesujących koncertów w ostatni dzień Open'era, ale o wszystkie przynajmniej zahaczyłem, zatrzymując się tam, gdzie czułem się najlepiej. W niedzielny wieczór ta formuła sprawdziła się dla mnie najlepiej - chciałem zobaczyć prawie wszystko, co było oczywiście niemożliwe. Ogólnie niedziela nawet jeśli nie była najlepszym dniem całego festiwalu, to miała super mocne punkty - dla mnie niespodziewanie najważniejszy stał się dla mnie nie Dead Weather, a koncert Damiana Marleya i Nas'a.

Zaczęliśmy od The Hives - bardzo fajnie nagłośniony, zagrany z jajem prosty przebojowy (punk) rock. Chętnie bym pooglądał więcej, a wręcz poskakał pod sceną, ale tego dnia nastawiałem się na coś innego, więc trzeba było przenieść się na scenę World, gdzie instalował się najlepszy polski yassowo-jazzowy zespół Pink Freud - jak na Open'era, to muzyka nieomal ekstremalna.



Jestem oddanym fanem ekipy Wojtka Mazolewskiego już od ładnych kilku lat i nie przepuściłbym jego koncertu za nic (a na pewno nie dla The Hives). Freudzi wystąpili we wzmocnionym składzie z dodatkowymi dęciakami, a gościnnie na gitarze i wokalu pojawił się m.Bunio.s, wprowadzając bardziej piosenkową formułę do jazzowych odjazdów zespołu. Poza najmocnieszymi utworami z poprzednich płyt zespołu, usłyszeliśmy i te nowe, z wydanej niedawno płyty Monster of Jazz - wypadły rewelacyjnie! Panowie udowodnili, że są w stanie zagrać dokładnie wszystko, stworzyć dowolny klimat, by nastepnie momentalnie go zburzyć i zbudować zupełnie inną konstrukcję. Nie potrafię opisywać ich muzyki - to trzeba usłyszeć, a każdemu, kto ma w sobie sympatię dla nowoczesnych jazzowych brzmień, ten koncert musiał się podobać. Smaczkami było oczywiście genialne wykonanie 'Come as you are' Nirvany i bardzo pomysłowe wplecenie fragmentu 'War Pigs' Black Sabbath. Ludzi nie było bardzo dużo, co nie powinno raczej dziwić, ale Ci którzy wytrwali, bawili się świetnie.

Po jazzie nadeszła chwila oddechu i koncert aktualnego projektu niezrównanego Jacka White'a, czyli The Dead Weather. Wydawało mi się, że to będzie bomba nie do przebicia, ale mimo wszystko - nie była. Zespół zaczął mocno - zbyt mocno jak dla mnie, bo mimo tego, że ja uwielbiam gitarowy zgiełk, to lubię jeszcze słyszeć, co muzycy grają, a nie tylko się domyślać. Koncert The Raconteurs sprzed dwóch lat chwytał od pierwszych zagranych dźwięków, a w muzyce Dead Weather czegoś mi brakuje - ciężko mi nawet określić czego dokładnie. Miałem nadzieję, że koncertowa odsłona tego projektu rozwieje moje wszelkie wątpliwości, ale pierwsze 4 utwory na koncercie zabrzmiały na tyle nieselektywnie, że nieco rozdrażniony poszedłem dać szansę najmłodszemu synowi Boba Marleya - Damianowi.

Rastamańska ekipa troche się spóźniła, co trochę mnie zmartwiło (bo Archive już tuż tuż), a kiedy juz się zaczęło, to zamiast oczekiwanych postaci, na scenie pojawił się jedynie MC mający rozgrzać publiczność. Jako że struktura widzów sceny World składała się w przeważającej większości z fanów hip-hopu, zabieg się udał, ale ja fanem takiej muzyki nie jestem i ten wstęp skutecznie wypędził mnie do namiotu. Wychodząc usłyszałem jeszcze singlowe "As we enter", które brzmiało średnio - ewidentnie źle nastawiony dźwięk psuł efekt.

I tak znalazłem się na kolejnym koncercie - Archive na scenie namiotowej. Stylistyczny rozstrzał muzyki, której tego dnia już słuchałem jest przeogromny i miałem nadzieję, że teraz będę mógł się zatrzymać i podziwiać genialny koncert, ale znowu - nagłośnienie przeciętne, a klimat ku mojemu nie pierwszemu tego dnia zaskoczeniu, nie porwał. Po trzech utworach postanowiłem wrócić na scenę World, szczególnie że dostałem wiadomość, że panowie się rozkręcili i grają na prawdę fajnie. W ekspresowym tempie wydostałem się z namiotu i popędziłem z powrotem na koncert Marleya, gdzie doznałem zupełnego olśnienia. Problemy z dźwiękiem zniknęły, zespół grający wspaniale, Damian Marley porywający, inspirujący - po prostu genialny! Mieszanka klasycznych i nowoczesnych jamajskich brzmień połączonych umiejętnie z tym co najlepsze w hip-hopie zadziałała magicznie. Licznie zebrany tłum żywiołowo reagował na wszystko co się działo na scenie, wszyscy bawili się rewelacyjnie, co panowie potrafili wykorzystać. Pod względem kontaktu z publicznością ten koncert był mistrzostwem, przebijającym chyba nawet Skunk Anansie i Pearl Jam. Cały koncert został pomyślany tak, aby panowie mogli zaprezentować swój wspólny materiał, a także aby każdy z osobna mógł przypomnieć swoje własne hity. Nasir nawet mnie przekonał - jego występ nie zmieni mnie w wyznawcę hip-hopu, ale na prawdę z każdym kolejnym kawałkiem podobało mi się to coraz bardziej. Ujął bym to jeszcze inaczej - jeśli jego występ był w stanie rozruszać nawet mnie, to fani takich brzmień musieli osiągać kompletną nirwanę. Ja z kolei wiem już jedno - legendarny Bob Marley ma godnego następcę. Jego najmłodszy syn to fenomen i jestem szczęśliwy, że mogłem to zobaczyć na żywo. Zawsze się zastanawiałem jakie mogło być wrażenie z oglądania koncertu Tuff Gonga, ale Junior Gong sprawił, że nie mam wcale już ochoty patrzeć w przeszłość, bo to co on ma do zaoferowania, jest po prostu świetne. Nie wiem, czy za kilka lat będziemy nucić 'Strong will continue' tak jak teraz 'No woman, no cry', ale nie zdziwi mnie, jeśli tak się stanie. Zdaję sobie sprawę, że za sukcesem Damiana stoi również jego rodzina, że kompozycyjnie i wykonawczo wsperają go bracia, ale czy coś w tym złego? Klan Marleyów kontynuuje dzieło ojca i idzie im świetnie. Tylko przyklasnąć.

Koncert Damiana Marleya i Nasa trwał trochę ponad dwie godziny, zakończył się miażdżącym bisem w postaci 'Could you be loved' - klasyk reggae został wykonany przez syna jego autora z taką pasją i w tak energetyczny sposób, że nie potrafiłem uwierzyć, że to już koniec, że artyści pozostawią swoją publiczność rozgrzaną do czerwoności. Mogli by tak grać i do rana, za cokolwiek by się nie wzięli, na pewno zamieniliby to w złoto. Słowem - ten koncert to jeden z absolutnie najlepszych momentów całego Open'era 2010.



Ten czwarty dzień był jeszcze specyficzny z innego powodu - wybory prezydenckie i akcja Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy dla powodzian. Nie wiem, czy miało to jakikolwiek wpływ, ale frekwencja była wyraźnie mniejsza. I na koncertach i na deptakach było wyraźnie luźniej. W temacie wyborów prezydenckich, wygląda na to, że festiwalowa publiczność stanęła na wysokości zadania i poszła zagłosować. Zresztą temat wyników wyborów wydawał się być wszechobecny w rozmowach ludzi, które mimochodem wpadały mi w ucho w kolejkach i w przed koncertami. To jest bardzo mocny argument przeciwko tym wszystkim którzy twierdzą, że młodzi ludzie nie interesują się wyborami, polityką i przyszłością Polski - nic z tych rzeczy. Na prawdę nie trzeba ze srogą miną wsłuchiwać się w słowa redemptorysty z Torunia, straszyć Europą, reformami, prywatyzacją i wolnym rynkiem żeby być prawdziwym Polakiem i patriotą. Można równie dobrze świetnie się bawić, mieć otwarty umysł i własne poglądy, niekoniecznie zbieżne z tymi co uważają się za lepszych Polaków od innych.

Open'er 2010 już oficjalnie można uznać za zamknięty - w chwili gdy to piszę zostały 2 godziny do zamknięcia pola namiotowego, ostatnie koncerty i imprezy zakończyły się kilka godzin temu. Nie wiem, kiedy zbiorę się do napisania jakiegoś podsumowania - mam nadzieję, że pojawią się dobrej jakości nagrania wideo i po przypomnieniu sobie tych wszystkich cudownych koncertów będzie można jakoś zweryfikować swoje wspomnienia.

Na gorąco najlepsze koncerty całego festiwalu to dla mnie Pearl Jam, Massive Attack, Skunk Anansie, Matisyahu i Damian Marley. W pamięci pozostanie na pewno też Cypress Hill, Lao Che, Pink Freud i The Hives. Całość imprezy muszę ocenić celująco - zagrało wszystko, od pogody, przez organizację po artystów. Organizacyjnie wiem, że były wpadki pierwszego dnia, ale przykro mi - nie szkoda mi ludzi, którzy na tak ogromną imprezę przychodzą na ostatnią chwilę. To tylko dowód na ich brak wyobraźni. Fakt, organizatorzy muszą też wyciągnąć wnioski, ale patrząc na ogrom przedsięwzięcia i na wszystkie udane akcje, ciężko się czepiać. Ja każdego dnia wchodziłem i wychodziłem bez problemu, bez korków, bez niespodzianek.

To był prawdopodobnie najlepszy Open'er ze wszytkich dotychczasowych. Już nie mogę się doczekać kolejnej edycji :)

poniedziałek, 05 lipca 2010, uosiu77

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
Gość: Ivt, *.chello.pl
2010/07/05 18:16:12
tak na szybko. Ten festiwal ma to do siebie, ze kazdy znajdzie tu coś dobrego dla siebie. I każdego dnia było coś, co warto było zobaczyć. Dla mnie jednak wydarzeniem całego festiwalu było Dead Weather. Im dłużej tym było lepiej. Końcówka genialna. Mogli już nie grać bisów. Z Archive niestety i ja uciekłam.
-
Gość: desertpsycho, *.chello.pl
2010/07/05 19:31:27
Zgadzam się co do Massive Attack (dla mnie koncert festiwalu) i Skunk Anansie (nie spodziewałem się czegoś tak energetycznego). Zawiedziony jestem jedynie brakiem bisów na Archive. Zrezygnowałem z kilku wykonawców na ich rzecz licząc, że powtórzą to co pokazali w Poznaniu na początku roku. Niestety, było fajnie, było energetycznie, głośno, ale nierównomiernie. Ponadto, może i czekanie na szlagiery w postaci Again lub Fuck U jest trochę śmieszne to jednak brakowało mi ich :). Pozytywnym zaskoczeniem były dla mnie występy Matisyahu i Tinariwen - na pewno dwoje wykonawców, którzy dołączą do listy OOF (Osobistych Odkryć Fesitywalowych). Za rok 10ta edycja - mam nadzieję, że będzie jeszcze lepiej i trochę 'mocniej'.