|
wpolscemamymocneseo |
Blog > Komentarze do wpisu
Open'er 2010: dzień trzeci - Skunk Anansie, Kasabian, Matisyahu [video]Spóźniłem się na L.U.Ca, bardzo żałuję, ale nie można mieć wszystkiego i dla mnie sobota rozpoczęła się od koncertu reformowanego Skunk Anansie - koncert świetny, zespół w formie zagrał ognisty set przez niecałe półtorej godziny udowadniając jednocześnie, że nawet odgrzewane kotlety mogą mieć swój urok. Był również premierowy kawałek - pierwszy singiel z płyty, której premiera planowana jest na wrzesień. Drugi w kolejności Kasabian wyraźnie się podobał publiczności, ale mnie osobiście znudził. Dzień skończyłem na scenie World na genialnym występie Matisyahu, który udowodnił, że nie ma dla niego stylistycznych barier i zmuszał publiczność do tańca na wiele różnych sposobów.
Jedno trzeba przyznać Skunk Anansie - potrafią zagrać świetny rockowy koncert, a Skin jest niezrównana. Dzika energia, poczucie humoru, skoki w publiczność i śpiewanie w trakcie stage-divingu - ta babka to żywioł i świetny głos. Zespół promuje w tej chwili składankę 'Smashes and Trashes', więc automatycznie koncert to było również 'the best of' i okazja do przypomnienia, dlaczego Skunk Anansie był dekadę temu jednym z najpopularniejszych rockowych zespołów. Bardzo liczę, że nowa płyta okaże się przynajmniej tak dobra, jak te trzy 'klasyczne' albumy. SA grali o 20.00 na głównej scenie - oświetleni zachodzącym słońcem. Fakt, byłoby pewnie lepiej, gdyby zagrali trochę później, ale pod sceną klimat i tak był świetny. Poniżej amatorskie nagranie z 'Because of you' - może sprawiać wrażenie, jakby Skin fałszowała, ale to raczej niedoskonałość zapisu. Byłem pod samą sceną, słyszałem świetnie i żadnych fałszów nie było - Skin wokalnie rządzi.
O 22.00 na głównej scenie zainstalował się headliner w postaci brytyjskiego Kasabiana - nie jestem wielkim fanem, ale lubię ich płyty i miałem nadzieję na fajny rockowy koncert, niestety - ten był zdecydowanie bardziej popowy. Jak już wspomniałem - publice to nie przeszkadzało, ludzie bawili się dobrze, ale mi brakowało rockowej zadziorności, pazura, który by zaakcentował mocniej te utwory. Niestety, nie tym razem. Dodatkowo efekt z samego początku psuły problemy z dźwiękiem - szkoda, bo Kasabian udowodnił na pewno, że ma w swoim składzie zdolnych muzyków, a ich utwory są bardzo fajnie zaaranżowane.
Mimo tych wszystkich plusów, mnie nie przekonali i ich największy przebój z ostatniej płyty, czyli 'Fire', słuchałem już ze strefy gastronomicznej, szykując się do wyprawy pod scenę World, gdzie miał zagrać Matisyahu (Hot Chip odpadł w drodze eliminacji). I to właśnie ten nowojorski hasyd, grający porywającą miesznkę reggae, rocka, beatboxingu i psychodelii był najprzyjemniejszą niespodzianką całego dnia. O ile ekipa Skin jedynie potwierdziła swoją znaną markę, to Matisyahu był niewiadomą. Płyty mi się całkiem podobają, chociaż nie wszystkie i nie w całości, ale koncert - rewelacja! Reggaeowe bujanie, rockowa energia, świetny flow, porywające i wciągające solówki i brzmieniowe eksperymenty - w tej muzyce było wszystko, od energii Rage Against the Machine, przez rytmy rodem z Jamajki, po odjazdy Sigur Ros. Matisyahu nie zadziałał jako ciekawostka (jak Tinariwen pierwszego dnia) - on po prostu oczarował i wciągnął w swój muzyczny świat nie dając opcji wyboru. Przez 2 godziny z jedną krótką przerwą ze sceny dobiegały brzmienia raz miażdżące czy niepokojące, a czasem kojące. Rewelacyjne nagłośnie, świetne brzmienie - jak dla mnie koncert prefekcyjny :)
A już dziś wielki finał i dylematów ciąg dalszy - z czegoś trzeba będzie zrezygnować. Interesują mnie zarówno Kings of Convenience, Pink Freud, The Dead Weather, Nas & Damian Marley i na dodatek Archive. Masakra :) niedziela, 04 lipca 2010, uosiu77
TrackBack
|